środa, 9 marca 2016

Stopuję

W poniedziałek wyjeżdżam z Bartkiem do Warszawy.
Córka doleci z Anglii i potem jedzie z nami do domu na jakiś czas.
Krzysztof z dziewczyną przylatują z Francji i tydzień czasu będziemy zwiedzać okolice Mazur
No i zobaczę Warszawę z bliska.
I będę jedną noc gościem hotelu.

Przeraża mnie to trochę,ale może będzie dobrze.
Sponsorem tej prawie rodzinnej wycieczki jest mój syn Krzysztof.
Jak ja mu się odwdzięczę za taki wydatek i za to ,że myśli o nas.

Mąż zostaje w domu .bo nie jest zwolennikiem zwiedzania.
Będę się trochę denerwować,ale może będzie dobrze i nic się nie stanie.
Będę dzwonić codziennie .a drugi syn będzie na miejscu.

Przeraża mnie taka daleka wyprawa,bo bardzo się zasiedziałam w domu,ale wiem,że  potem będę szczęśliwa,że tyle zobaczyłam.

I tylko tyle na dzisiaj , tak na zakończenie,ponieważ jakiś czas mnie nie będzie na blogu,ale mam nadzieję,że kiedyś wrócę.
Do Was na pewno będę zaglądać.
Na pewno zapytacie o powód mojej decyzji,ale tak jakoś wszystko jakby traci sens .Może ta wycieczka  napełni mnie energią i każe inaczej spojrzeć na życie.
No zobaczymy.
Narazie żegnam się z Wami i dziękuję,że tyle byłyście ze mną.

środa, 24 lutego 2016

Luty plecień?

Chyba należy zmienić popularne przysłowie ,bo  luty zaczyna zachowywać się ,jak kwiecień i przeplatać trochę zimy ,trochę lata.
No bo jak można inaczej  określić takie zachowanie natury?
 Jednego dnia tak

a drugiego idziemy na spacer i podziwiamy takie widoki


No i jak tu nie pomylić tych miesięcy.
Dzisiaj rano powitała nas piękna zima, ale teraz słoneczko już stopiło poranną  pokrywę śnieżną i zachęca do spacerów.
Mój hiacyncik ,kupiony kiedyś w Biedronce już wychylił swoje podwoje,tylko patrzeć ,jak pojawi się biały kwiat.




To tak na szybko parę słów,bo zostałam na chwilę sama w domu,więc zaglądam.
Nie ma mnie na waszych blogach,ale postaram się nadrobić.
W domu trochę smutno,bo mąż  dalej  bez pracy i to,co miało się zacząć na wiosnę,okazało się niewypałem.
Trzymam się nadziei.
 

środa, 3 lutego 2016

Bez tytułu

Odwilż,mgła za oknem taka,że pobliskiego ryneczku prawie nie widać.
A niedawno padał piękny śnieg.
Bartek z kolegami poszedł wtedy  na pobliską górę,żeby sobie poskakać ze zrobionej przez siebie  ,,skoczni,,zapalili ognisko i szaleli.


Fajnie wygląda ognisko na śniegu.

A jeszcze fajniej wielki pies przy stoliku w kawiarni.


Byłyśmy z córką w Wielkim Mieście i poszłyśmy na kawę z ciasteczkiem.
Gdy zaczęłyśmy się rozkoszować pyszną kawką i jabłecznikiem z bitą śmietaną podszedł do naszego stolika wielki pies właścicielki kawiarni.Przesiedział przy naszym stoliku cały czas.
Okazało się ,że piesek jest wielkim zwolennikiem bitej śmietany i przyszedł za jej zapachem.
Justynka zrobiła sobie nawet z nim zdjęcie,takie buzia przy,,buzi,,
To taka pamiąteczka.
Mój storczyk kończy kwitnienie .Dostałam go od syna na urodziny we wrześniu i cały czas był w kwiatach.
Teraz odpadają kwiatki jeden po drugim.
Jeszcze tyle zostało.


I na koniec mam prośbę do PAPILLON-proszę podaj adres swojego bloga,ponieważ kiedyś go zapisałam,ale skasowały mi się wszystkie zakładki na laptopie i nie mogę do Ciebie trafić z powrotem.

sobota, 30 stycznia 2016

Dzieci

Ilekroć przechodziłam obok,kusił mnie zapach roznoszący się dookoła.
I tylko wielki wysiłek mojej woli i spojrzenie na cenę powstrzymywało mnie od łakomstwa.
Kilka dni temu przechodziłyśmy obok  z Justynką ,chciałam szybko ominąć roznoszącą się apetyczną woń ,gdy usłyszałam 
-Mamo nie masz ochoty na gofra?
-Nie mam-stwierdziłam mając we wspomnieniach cenę.
-To który chcesz ,bo ja biorę z bitą śmietana i sosem.
-Ale popatrz ,ile kosztuje
-Ja stawiam,jaki chcesz?
-Z bitą śmietaną i owocami 
Oj,jak się zajadałyśmy,oczywiście trochę kapnęło tu i ówdzie ,ale były chusteczki w razie potrzeby.

Teraz będę przechodzić obok i sycić się wspomnieniem tej chwili.

Bo Justynka już pojechała, a właściwie poleciała .
Wczoraj w nocy o 1,25 zadzwoniła ,że już jest w drodze z Londynu do mieszkania.
A dzisiaj już idzie na bal firmowy.

W ogóle piątek był dniem bardzo bogatym w niepokoje.
Wyjazd córki,obrona pracy doktoranckiej Krzysztofa...po południu zrobiło mi się duszno,pewnie z trochę nerwowej atmosfery,takiej w mojej psychice ,bo w domu w porządku,więc poszłam do znajomej pooglądać trochę ciuszków w jej domowym ciucholandzie .
I czas minął.
A dzisiaj mój syn już ma tytuł doktora
Było dużo osób,wielu specjalistów z różnych krajów z całego świata,a także jego koledzy ze szkoły
Kilka artykułów syna już się ukazało w renomowanych czasopismach naukowych,więc miał dodatkowe plusy.Ale bałam się jego stresu.
Już jest po wszystkim
I pojawiły się wspomnienia,jak to było ,jak to się zaczęło,jak trwało,co przeżywał on,wrażliwy chłopak z małej miejscowości,bez żadnego przygotowania do wejścia w ten wielki świat.
I osiągnął to,o czym marzył.
Lecą łezki na wspomnienie.
Duże krople płyną po policzku.
Ale teraz to łzy radości i dumy.
Mój niepowtarzalny syn...

Żeby nie było tak całkiem bez zdjęcia,pokażę obiecaną rzeżbę ,którą Bartek zrobił dla kolegi na 18-stkę.Tak trochę  z kronikarskiego obowiązku ,dla pamięci.


Wymyślił sobie piękne życzenia,
,,niech ten Jezus Frasobliwy pomaga Ci podejmować właściwe decyzje w życiu,,
Byłam trochę zaskoczona  ,że tak ładnie to wymyślił,chyba że ściągnął skądś,a tylko tak powiedział.
Bo leń z niego straszny.
A wczoraj przywiózł nową pracę,którą zrobił w internacie po lekcjach,tylko na byle jakiej desce.
 I miał tylko 4 kolory farby,więc nie miał za bardzo swobody w pomalowaniu.
Mam tylko takie zdjęcie ,które mi przesłał ,po skończonej pracy w pokoju,dlatego tyle wiórków dookoła.


Teraz zawisła w naszym korytarzu wejściowym.

A na polu odwilż, byłą piękna zima,ale tylko w naszej okolicy,bo kilkanaście kilometrów dalej zapomnieli już o śniegu
.A u nas wjeżdża się w inny świat.
 Ale ten wiatr i plusowa temperatura,która się pojawiła dzisiaj pewnie to zmieni.

piątek, 15 stycznia 2016

Różne

Słyszeliście muzykę z czajnika?
Wyłączyłam gaz pod gotującą się wodą.czajnik przestał gwizdać,a ja usłyszałam delikatną muzykę.Pochyliłam głowę i zaczęłam się wsłuchiwać.Może nie była to muzyka do zakochania się ,ale była.
Delikatna, jakby maleńką łódeczkę kołysała  po rozbujanych jeszcze falach gotującej się wody w czajniku.

A za oknem śnieg /wreszcie zrobiło się biało,ale tak lekko biało ,z możliwością,że jutro znów może być zielono.
Znajoma wróciła z Anglii i opowiadała,że tam podziwiała w ogródku swojej córki  kwitnące żonkile.Szafirki już przekwitły.
Trudno mi było uwierzyć,bo u nas jeszcze daleko do takich obrazków.

Czekam z dnia na dzień na przyjazd córki. 
25 ma samolot.ale ,niestety,wraca zaraz z  powrotem.
Na razie nie została zwolniona,chociaż jej koleżanka tak.
Tak mi się zrobiło przykro,że wraca,ale ,z drugiej strony, co tutaj będzie robić.Zrobiła sobie rok przerwy po licencjacie,więc nawet jeżeli zostanie ,to i tak bez możliwości żadnej pracy.
Więc wraca.
Koleżanka tez mnie przekonuje,że ma Justynka rację,jej córka skoczyła studia chemiczne,zaczęła tutaj pracę za grosze.
Po kłótni z szefem, który namawiał ją do kombinacji,zrezygnowała z pracy za grosze.Wyjechała do Anglii,gdzie jest szanowanym pracownikiem na stanowisku.
I szczęśliwa,nie żyje z miesiąca na miesiąc.

A ja dalej haftuję.ostatnie praca to metryczka


Taką samą mam zamówioną jeszcze raz ale dla innego dziecka.Ta jest przeznaczona na pierwsze urodziny.A ta druga chyba na drugie.

Poza tym zaczęłam haftować Matkę Boską Częstochowską.Piękny będzie obraz.



Wczoraj byłam w przedszkolu na Dniu Babci.
Dużo dzieci choruje,niektóre przyszło  chore,jedna z dziewczynek grająca Matkę Boską dzień wcześniej miała gorączkę 39 stopni,ale przyszła.
Moja wnusia tez lekko chora,ale dzieci były szczęśliwe.
Babcie i dziadkowie również.
Pięknie odegrały jasełka,było tez trochę śmiechu,jak to przy występach dzieci bywa.
A na koniec piękne laurki.

 I szczęśliwe chwile z wnusią na kolanach zajadającą ciasteczko z ,,galaletką,,

A na koniec muszę się ,,pochwalić,,że wczoraj mój mąż zabawił się we fryzjera, obciął mi włosy,które juz mi dosyć urosły i mnie denerwowały.
Obcięcie włosów u dobrego fryzjera podobno 40 zł ,więc mąż podjął wyzwanie i ja zaryzykowałam.No i jestem zadowolona.
Jeszcze nikt obcy mnie nie widział,ale w razie czego koleżanka powiedziała,że mi popoprawia ,co tam trzeba.
Ale ja nie jestem wybredna.Ważne,że krótsze.Chociaż całe życie miałam długie,ale teraz już nie ten wiek i nie ta buzia....
W ogóle coś zuważyłam,że ostatnio się postarzałam....no,ale juz czas.

piątek, 8 stycznia 2016

Poswiątecznie

Jakoś tak nie mogę się zebrać do pisania.
Tym bardziej ,że kilka dni temu rozpisałam się na blogu ,takie wspominki świąteczne i poświąteczne,opatrzyłam zdjęciami ,nacisnęłam jakiś przycisk i wszystko.... poooszło.
Nawet zapisanie nie pomogło.Zniknęło w czeluściach niebytu i tyle z moich wypocin.
I znów mi się odechciało,tym bardziej ,że mąż siedzi w domu i czasem zagląda mi przez ramię,więc nie mogę się rozpisywać.
Mój mąż znów nie pracuje,bo zimą nie ma roboty,ale może coś na dniach się wyklaruje.Musi ,bo bardzo zaciskamy pasa.
Tym bardziej,że na Bartka trzeba co tydzień 120 zł na drogę i jedzenie,no  i internat,no i wiadomo ,wydatki jak w każdym domu.Zarobiłam sobie ostatnio na metryczkach ,bo tez nie ma żadnej innej oferty dla mnie do pracy,to jutro przychodzi ksiądz po kolędzie ,no i trzeba znowu wsunąć do kieszeni.
Chłopcy chodzą z księdzem,wiec im też trzeba dać ,no i wychodzi na to ,że to ,co zarobiłam to wszystko pójdzie do księżej kieszeni.
Jak ja nie lubię tych kolęd.Czasami żałuję,że nie mieszkam w mieście,ponieważ tam księdza przyjmują ci,co chcą ,a u nas na wsi to dopiero by było gadanie!.
Taki mój stosunek do tej sprawy nie ma nic wspólnego z wiarą,jestem osobą wierzącą i,w miarę praktykującą ,tylko ,po prostu czasami nie stać mnie na księdza....
Święta upłynęły w spokojnej i miłej atmosferze,może pomogły też Wasze życzenia,za które bardzo serdecznie dziękuje.Tylko w czasie Wigilii musiałam z całej siły powstrzymywać łzy,a Bartkowi bardzo się oczy zaczerwieniły,bo nie było z nami mojej córci,która została w Anglii.Ale teraz ,w styczniu ma przyjechać.Obiecałam jej karpia i uszka i pierogi wigilijne.

Prezenty były oczywiście,nie było 12 dań,ale za to był pasztet z gęsi,za ponad 30 euro,wigilijny przysmak francuski,który dostaliśmy od szefowej Krzysztofa z uczelni.
Przysmak ,wstyd,ale nam nie smakował....
Krzysztof się śmiał,że nie będziemy Francuzami,bo żaden z ich przysmaków ,którymi nas obdarowywał nie za bardzo nam smakował.Ani pieczone kasztany,ani żabie udka ani ślimaki.A teraz doszedł jeszcze pasztet z wątróbek gęsich.
Zostajemy przy swoich uszkach i pierogach.

Bartek wziął udział w konkursie dotyczącym nałogów w swojej szkole i dostał nagrodę specjalną,ponieważ tylko on jeden reprezentował taka kategorię.Rzeżbę.


Piękną rzeżbę z aniołkiem podarował w prezencie pani dyrektor ze swojej szkoły.
A teraz wyrzeżbił pierwszą pracę przestrzenną-Jezusa ,którą ma podarować jutro koledze na 18 urodziny.
Przywiezie ją dzisiaj to zrobię zdjęcie i pokażę.
Wszystko to efekt nudów w internacie,bo strasznie się nudzi po lekcjach.Gdyby lubił czytać to miałby problem z głowy,ale tego niestety nie przejął po mnie.
Ale za to powrócił do rzeżbienia.
Tylko brakuje mu drewna z lipy,bo nie ma skąd wziąść i wykorzystuje jakieś resztki.
Kierowniczka internatu kupiła mu jakieś lepsze dłuta ,wspaniała kobieta.Wychowawca dał mu jakiś stolik na ,którym może robić swoje dłubanki.
Nie dodam więcej żadnych zdjęć,ponieważ wszystko przeniosłam z komputera  na płytkę.
I jeszcze muszę napisać tak trochę dla siebie ,że mój mąż stracił zainteresowanie używkami,nawet odmawia zaproszenia od kolegów na piwo.Już się zaczęłam bać ,ze wraca depresja,ale to chyba  trochę złe samopoczucie  i lenistwo.No i może w końcu zaczyna patrzeć trochę inaczej na pewne sprawy.Gdyby jeszcze rzucił papierosy...Nawet raz poszliśmy wspólnie na spacer...trochę to pewnie śmieszne ,ale nie dla mnie.
A teraz trochę Was poodwiedzam,bo już dawno nie zaglądałam na blogi.